Przeskocz do treści

Place Vendome, czyli Michael Kiske w świetnej formie.

Lipiec 29, 2010

Witam wszystkich po powrocie z wakacji. Bardzo udanych wakacji z resztą. Wypocząłem, a jak. Ale nie o tym. :)

Dzisiaj chciałbym przybliżyć pewien ciekawy projekt. Ale wypada zacząć od początku. A właściwie to jeszcze wcześniej. Przenieśmy się więc do połowy lat 80. W 1985 roku zespół Helloween wydaje swój debiutancki album: Walls Of Jericho. Główną rolę na albumie odgrywa Kai Hansen (który nie bez przyczyny nazywany jest ojcem power metalu). Śpiewa, gra na gitarze, komponuje większość piosenek. Jak się później okazuje, ciężko jest mu pogodzić te wszystkie role. Zespół więc decyduje się na wcielenie w swe szeregi nowego wokalisty. W ten sposób na prężnie rozwijającej się, niemieckiej scenie power metalowej pojawia się prawdziwa perła – siedemnastoletni wówczas Michael Kiske.

Przyjęcie młodego wokalisty do zespołu okazało się niekwestionowanym strzałem w dziesiątkę. Helloween nagrywa dwa znakomite albumy – Keeper Of The Seven Keys Part 1 i 2, które przez dużą część słuchaczy i krytyków uznawane są za najważniejsze i najbardziej wpływowe w historii gatunku. Też je bardzo lubię, a wręcz uwielbiam, ale tak daleko wysuniętego stwierdzenia bym nie ryzykował. Cóż, kwestia gustu. W każdym razie wydawnictwa te gruntują pozycję zespołu na rynku. Kiske świetnie się prezentuje, niektórzy porównują go z samym Brucem Dickinsonem. Niestety, z powodu kłótni zespół opuszcza Kai Hansen i zakłada nowy projekt – Gamma Ray. Lokomotywa zwana Helloween ciągnie jednak dalej. Na miejsce Hansena zatrudniony zostaje całkiem niezły gitarzysta – Roland Grapow. Mimo tego dwa kolejne albumy nie zachwycają. Te albumy to przeciętny Pink Bubbles Go Ape i krytykowany za zbyt lekkie brzmienie (a według mnie jeden z lepszych w dorobku zespołu) Chameleon. Wydawnictwa, jak słusznie się domyślacie, nie odniosły większego sukcesu. Były to ostatnie wspólne nagrania Helloweena i Kiske – w 1994 opuszcza on zespół. Jego pozycję zajmuje Andi Deris, znany dotychczas z występów z Pink Cream 69. Okazuje się on motorem napędowym Helloweena i wyciąga go z kryzysu.

Wróćmy jednak do Michaela Kiske. Swoją solową karierę rozpoczyna kapitalnym Instant Clarity z 1996 roku. Prezentuje tu formę podobną do tej z obu części Keeper Of The Seven Keys. Michi wydaje się radzić sobie świetnie – wydaje kilka albumów, występuje gościnnie w projektach innych wykonawców.

Pora przenieść się w czasie do 2004 roku, kiedy to pod szyldem włoskiego Frontiers Records założony zostaje projekt Place Vendome. W jego skład wchodzą Michael Kiske, klawiszowiec zespołu Vanden Plas, Gunther Werno, oraz trzech muzyków z Pink Cream 69 (nieoczekiwana zmiana miejsc, hę?): perkusista Kostas Zafiriou, gitarzysta Uwe Reitenauer oraz basista Dennis Ward. Muzyka jaką tworzą mieści się w granicach hard rocka, melodic rocka i AOR. Brzmienie bardzo kojarzy mi się z Bon Jovi z lat 80.

W 2005 roku zespół wydaje debiutancki album Place Vendome. Płyta zawiera 10 utworów trwających łącznie 46 minut. Wydaje się być niczym szczególnym – posiada zarówno mocne strony (‘Place Vendome’, ‘I Will Be Waiting’, ‘Cross The Line’), jak i słabsze (‘The Setting Sun’, ‘Magic Carpet’). Jest i mocno, hardrockowo, i spokojnie, balladowo. Całość jest jednak dosyć spójna i utrzymana w dojrzałym stylu. Tekstowo jest niestety dosyć banalnie, ale z gracją. Docenić można świetną grę Gunthera Werno na klawiszach, chwytliwą, wpadającą w ucho (jak z resztą same w sobie piosenki) gitarę i przede wszystkim to co w całym projekcie jest mimo wszystko najlepsze: znakomity, charakterystyczny wokal Michaela Kiske. Brawa dla tego pana!

Kolejne wydawnictwo świat ujrzał dopiero w roku 2009. Nosi ono nazwę Streets Of Fire. Stylistycznie jest jak debiut, posiada energiczny, pogodny klimat i oscyluje w tych samych gatunkach. Najciekawszymi jak dla mnie kompozycjami są otwierająca (tytułowa ‘Streets Of Fire’) oraz zamykająca (‘I’d Die For You’). Nie obejdzie się też bez słabszych punktów. Jak dla mnie typowym fillerem jest ‘Changes’. Ogólnie utwory w dalszym ciągu wpadają w ucho, a płyta utrzymuje poziom poprzedniej, chociaż moim zdaniem jest od niej nieco lepsza. Jest też nieco dłuższa: 12 piosenek w 53 minuty. Lirycznie jest dużo lepiej, a Kiske w dalszym ciągu rewelacyjny, przyciąga niczym magnes.

Podsumowując, Place Vendome to całkiem niezły projekt, przyjemnie go czasem posłuchać, aż kipi od niego energią. Zespół nie zdobył jednak większej popularności. Myślę, że miałby większe szanse w połowie lat 80. Mimo tego, warto się zapoznać.

Tyle na dziś, pozdrawiam. :)

From → Wpisy.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.